The Mandalorian, Grogu and...

Bawiłem się świetnie! Film „The Mandalorian And Grogu” był dla mnie od początku kontynuacją serialu – kolejnym odcinkiem, tyle że dłuższym niż wcześniejsze. Nie oczekiwałem tu wyjaśnienia tajemnic Mocy, historii Jedi i Sithów czy wydarzeń, które zmieniałyby perspektywę historii znanych z dotychczasowych opowieści ze świata Gwiezdnych Wojen. Ten film to rozrywka w czystej formie, pełna scen akcji, znajomych i nowych bohaterów oraz odniesień do uniwersum, którego 50-lecie będziemy świętować w przyszłym roku.

Pierwsze sceny rozgrywają się na śnieżnej planecie. Nie znamy jej nazwy, co pozwala nam mieć nadzieję, że to może przecież być Hoth z „Imperium kontratakuje” (1980). Wbrew temu co mogliśmy wywnioskować ze zwiastunów, nie pozostaniemy tam zbyt długo. Nie będę jednak streszczał całego filmu i psuł Tobie, Droga Czytelniczko lub Drogi Czytelniku, zabawy. Czy to oznacza, że polecam wybrać się na „Mando i Grogu” do kina? Bardzo i to z całego serca fana Star Wars! Pierwsze Gwiezdne Wojny w 1977 roku też były filmem, który na dwie godziny pozwalał uciec widzom od codziennego życia do galaktyki daleko, daleko stąd i po prostu dobrze się bawić. Prawie pół wieku później Star Wars to całe uniwersum z własną mitologią oraz ogromnymi oczekiwaniami wielu fanów, którzy zapominają czasami, że oprócz znakomitych i bardziej dojrzałych produkcji jak „Andor” (2022–2025) oraz „Rogue One” (2016) lub mrocznych i pięknych zarazem jak wspomniane „Imperium kontratakuje”, jest tu także przestrzeń na zwykłą, nieskomplikowaną rozrywkę w dobrze znanym, choć wciąż jeszcze mającym dużo do zaoferowania świecie, wśród znajomych postaci i maszyn, których modelami niejeden z nas cieszy się w swojej osobistej kolekcji.

Kto zatem nie uśmiechnie się na widok eskadry nadlatujących X-wingów czy U-winga pilotowanego przez Zeba Orreliosa? Na ekranie wypatrzyłem też przynajmniej jednego Y-winga i choć wiadomo już od jakiegoś czasu, że w tym filmie powróci Razor Crest, nie znaczy to, że choć przez chwilę nie zobaczymy myśliwca N-1, który stał się własnością Din Djarina na Tatooine. Skoro pisałem wcześniej o śnieżnej planecie niczym z Epizodu V, nie może tu zabraknąć też wielkich AT-AT, między którymi przemykać będą tytułowi bohaterowie na znanym m.in. z „Wojen klonów” (2008–2020) AT-RT.

Przed obejrzeniem „The Mandalorian And Grogu” byłem ciekaw jak zostanie wykorzystany tu potencjał jednej z kluczowych postaci tego filmu, którą jest „Stinky” The Hutt. Nie zawiodłem się! Co prawda zaskoczył mnie pogłębiony mocno głos wcielającego się w tę rolę Jeremy'ego Allena White'a, ale ostatecznie można rozpoznać, że to właśnie on stoi za komunikacją werbalną Rotty i buduje jego osobowość. Inną świetną decyzją w doborze głosu do postaci, było powierzenie roli Hugo Duranta – ardenniańskiego sprzedawcy przekąsek na Shakari, legendzie kina znanej jednak z drugiej strony kamery, czyli Martinowi Scorsese.

Autorem ścieżki dźwiękowej „Mandalorioanina i Grogu” jest Ludwig Göransson – kompozytor muzyki m.in. do seriali „The Mandalorian” (2019–2020) i „The Book Of Boba Fett” (2021/2022). Pojawiają się tu więc tematy znane już z małego ekranu, ale nie brakuje też niespodzianek, które nadają temu filmowi świeżości.

A skoro jesteśmy przy muzyce, na koniec postanowiłem wspomnieć jeszcze o niespodziance, która w pośredni sposób łączy film „The Mandalorian And Grogu” ze światem muzyki popularnej. W scenie, która rozgrywa się w miejscu zwanym Salt Bar (okazuje się, że sól na Shakari jest towarem deficytowym) przez moment widać w klatce niedużego skrzydlatego futrzaka w czerwonopomarańczowym kolorze. Stworzenie to nazywa się Fuzzball i mogliśmy zobaczyć je w serialu „The Skeleton Crew” (2024/2025), ale w popkulturze znane jest już od roku 1986, kiedy pojawiło się na ramieniu Michaela Jacksona w filmie „Captain EO”. Była to produkcja 4D (3D + efekty w sali kinowej jak np. ruchome fotele widzów, lasery, dym itd.), którą można było obejrzeć tylko w parkach Disney'a. Film wyreżyserował Francis Ford Coppola, ale w pracę nad nim – podobno na życzenie samego Michaela – zaangażowany został także George Lucas. Wszelkie wizualne nawiązania do Gwiezdnych Wojen są więc tu całkowicie nieprzypadkowe.

Captain EO: Michael Jackson, Francis Ford Coppola, George Lucas
© Disney / Michael Jackson, Francis Ford Coppola, George Lucas

Ścieżkę dźwiękową do „Kapitana EO” skomponował James Horner, ale w filmie z Michaelem Jacksonem w roli tytułowej nie mogło przecież zabraknąć przynajmniej jednej piosenki w jego wykonaniu. Proszę tylko pomyśleć, jest druga połowa lat 80., jesteś w Disneylandzie, w jednej z pierwszych na świecie sal kinowych 4D, oglądasz produkcję firmowaną przez Coppolę i Lucasa, a w rolach głównych występują Anjelica Huston i Michael Jackson, który w dodatku śpiewa nie jedną, a dwie premierowe piosenki, których nie można usłyszeć nigdzie indziej. Ta pierwsza to „We Are Here To Change The World” – jej oficjalnego wydania doczekaliśmy się dopiero w 2004 roku (box MJ The Ultimate Collection), a druga ukazała się w ostatecznej wersji rok po premierze filmu na płycie BAD.