Ostatnio staram się chodzić do kina bez większych oczekiwań. Sprawdza się, bo z jednej strony trudniej się rozczarować, a z drugiej mam przynajmniej więcej radości, gdy film mi się spodoba. Wczorajszy seans to zdecydowanie ta druga opcja, co wcale nie było takie oczywiste. Steven Spielberg i pozytywne recenzje to jedno – a osobiste odczucia, to już inna sprawa. Było jednak dobrze od samego początku, później zrobiło się nawet jeszcze lepiej... Nie jest to jednak recenzja, filmu zatem streszczać, ani analizować nie będę.
Muzycznie, bo taki z założenia ma charakter ten tekst, obcujemy tu z kolejnym dziełem Johna Williamsa. Tym razem jednak nie usłyszymy wzniosłych i wpadających jednocześnie w ucho motywów, które z czasem – jak wiele innych dzieł tego kompozytora – staną się ikonami muzyki filmowej. Podobno z założenia tata Josepha Williamsa chciał, by muzyka pozostawała tu na drugim planie i to moim zdaniem znakomicie się sprawdziło. Nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby bohaterce granej przez Emily Blunt w drodze do pracy towarzyszyła piosenka „The Sweet Escape” Gwen Stefani oraz Akona – sam pewnie wybrałbym inne nagranie, ale pomimo początkowego zaskoczenia, przyznaję, że i to się sprawdziło.
Na koniec zostawiłem sobie najmniej oczywisty – bo pośredni muzyczny wątek w „Dniu objawienia”. W roli Jane – dziewczyny jednego z głównych bohaterów, pojawiła się na ekranie Eve Hewson... Córka Paula i Ali Hewsonów – TYCH Hewsonów! Tu następuje chwila ciszy, po której wyjaśniam, że tata Eve jest znany w pewnych, dość szerokich kręgach jako Bono. Ma on trzech kolegów – są to Larry, Adam i The Edge – z którymi gra w pewnym irlandzkim zespole. Kiedy Eve przyszła na świat cała czwórka pracowała akurat nad płytą o germańsko brzmiącym tytule Achtung Baby (1991). Tak się – zupełnie przypadkowo oczywiście – składa, że mam ten album akurat przy sobie, wybrałem więc najbardziej stosowne nagranie względem tematyki samego, polecanego tu zresztą przeze mnie filmu. Życzę zatem przyjemnego odbioru.


