9 023 elementy, 79 cm szerokości, 70 cm wysokości, 36 minifigurek plus dwa astromechaniczne droidy oraz rekordowa cena 999,99 dolarów (4 299,99 złotych) – to nowa Gwiazda Śmierci z klocków LEGO (75419), która trafi na półki sklepów na początku października. Wydawałoby się, że ta wiadomość wywoła spore poruszenie wśród fanów serii Star Wars (w szczególności tej klockowej) – i wywołała, choć niekoniecznie z powodów, które mogłyby ucieszyć koncern z Billund.
Pierwsza informacja na temat nowej Gwiazdy Śmierci jaka pojawiła się kilka miesięcy temu jeszcze w formie niepotwierdzonego przecieku brzmiała imponująco: Największy i najdroższy zestaw w historii LEGO, UCS za 1 000 dolarów! To musiało zadziałać na wyobraźnię potencjalnych odbiorców, którzy zaczęli dzielić się w Internecie wizjami wspaniałości, bogactwa i siły tej w pełni uzbrojonej i gotowej do ataku stacji bojowej. Rzeczywistość zaskoczyła jednak wszystkich, a kluczowe okazało się tu samo sformułowanie w pełni.
Od 1977 roku Gwiazda Śmierci ma niezmiennie kształt sferyczny; jej drugie wcielenie z „Powrotu Jedi” (1983) nie odbiegało pod tym względem zbyt od oryginału z „Nowej nadziei”. Tymczasem twórcy najnowszej wersji LEGO „odkroili” większość prawej i lewej półkuli, pozostawiając tylko okrągły, płaski plaster z samego środka, który jest ekspozycją dla dioram przedstawiających sceny z dwóch wspomnianych filmów oraz dla głównego laserowego działa. Nie tego spodziewała się społeczność LEGO Star Wars. Rozczarowanie? Tak, ale trudno się dziwić gdy zestaw klasyfikowany jest jako UCS – najlepsza, najbardziej dopracowana konstrukcja dla kolekcjonerów, a dostajemy dioramy w kolistej oprawie. Nazwa „Death Star Diorama” byłaby o wiele bardziej adekwatna do rzeczywistego efektu. Czy znaczy to, że nowa Gwiazda Śmierci wygląda źle? Nie, moim zdaniem prezentuje się całkiem nieźle i jeśli zaakceptujemy koncepcję projektantów, będzie cieszyć nasze oczy. Czy jest jednak warta 1 000 dolarów? To już zupełnie inna kwestia.
Hasło „najdroższy zestaw LEGO” powoduje, że spodziewamy się m.in. czegoś oryginalnego – nowego doświadczenia pod każdym względem. Tymczasem nasza stacja bojowa w przekroju dość zgrabnie wykorzystuje dostępne już wcześniej pojedyncze dioramy po modyfikacjach pozwalających wpasować je w całość konstrukcji. Jest tu sala tronowa Imperatora (75352) oraz zgniatarka odpadów (75339); oprócz tego są też nawiązania do playscale’owych zestawów „Działo na Gwieździe Śmierci” (75246) i „Ucieczka z Gwiazdy Śmierci” (75229), a także mocno pomniejszone wersje komnaty medytacyjnej Dartha Vadera (75296) oraz imperialnego promu (który miał już kilka większych i mniejszych wariantów z LEGO).

Choć liczba znajdujących się tu minifigurek jest imponująca, to pod względem ich różnorodności i ekskluzywności nasza stacja bojowa przegrywa z „Kantyną Mos Eisley” (75290) – gdzie jest ich o prawie połowę mniej, lecz większość zachwyca o ponad połowę bardziej. Na szczęście i nasza Gwiazda ma swoje gwiazdki, z których najjaśniej świeci… Kąpiący się szturmowiec – postać nie tyle związana z Gwiazdą Śmierci, co będąca ukłonem w stronę gry „LEGO Star Wars: The Skywalker Saga”. To szturmowiec, który oprócz hełmu ma na sobie tylko czerwone szorty z logo imperium (wanna z kaczuszką są ukryte na najwyższym poziomie konstrukcji) – to także jedyna minifigurka w całym zestawie, która ma nogi zrobione z plastiku w dwóch różnych kolorach, co w widoczny sposób polepsza ich jakość. Bardzo miłą niespodzianką jest debiutująca w LEGO postać Galena Erso – naukowca zmuszonego przez Imperium do stworzenia pierwszej Gwiazdy Śmierci, któremu na specjalnej podstawce (przynajmniej zgodnie z założeniami konstruktorów z Billund) towarzyszy dawno niewidziany w formie minifigurki Orson Krennic. Oprócz niego w odświeżonych wersjach powracają też Grand Moff Tarkin i Wullf Yularen oraz przywróceni po kilku latach do produkcji imperialni gwardziści. Kolejną minifigurkową gwiazdą jest towarzyszący Palpatine’owi imperialny dygnitarz z całkiem nowym nakryciem głowy, choć brakuje mu nadruków na dolnej części szaty. Na brak dopracowania swojej dolnej połowy mogą narzekać także C-3PO oraz oficerowie Imperium, którzy mieli mniej szczęścia niż wspomniany szturmowiec w kąpieli i nie załapali się już na nogi uformowane z plastiku w dwóch różnych kolorach – co nie tylko zadałoby im szyku, ale przede wszystkim zbliżyło ich wygląd do filmowych pierwowzorów.

Takie szczegóły nie uchodzą uwadze fanów LEGO Star Wars, którzy od dawna wyrażają otwarcie swoje niezadowolenie z braku odpowiedniej jakości i wierności znanym z ekranu pierwowzorom, przypominając duńskiemu potentatowi na światowym rynku zabawek jego własnym motto: tylko to co najlepsze jest wystarczająco dobre. Dlaczego zatem w kolekcjonerskim zestawie za 1 000 dolarów, opatrzonym oznaczeniem wiekowym 18+, minifigurki nie są dopracowane w szczegółach, a przyjemność budowania zepsuje nam konieczność męczenia się z ponad 50 naklejkami? Na to pytanie odpowiedzieli twórcy Gwiazdy Śmierci – projektant César Soares i grafik Maddy O'Neil. Jak wynika z wywiadów opublikowanych na kanale Solid Brix Studios (YouTube), praca nad nowym zestawem to w dużej mierze sztuka kompromisu. Na kwestie artystyczno-estetyczne, projektanci LEGO muszą nałożyć „ramki” (jak określił to Maddy), które są w praktyce ograniczeniami dotyczącymi: ilości nadruków, tworzenia nowych elementów, wyprodukowania istniejących już klocków w nowym kolorze, wznowienia produkcji klocków, które nie były używane w jakichkolwiek zestawach od dłuższego czasu, a także użycia plastiku w dwóch różnych kolorach do wytworzenia jednego elementu (np. wspomnianych nóg minifigurki). Jeżeli zatem projektanci podniosą jakość w jednym miejscu, przyjdzie im odjąć coś w innym, żeby wszystko w „ramkach” się zgadzało. Sprowadza się to do mądrości ludowej: Jeśli nie wiesz o co chodzi, to pewnie chodzi o... duńskie korony, euro lub dolary – w tym przypadku dokładnie 999,99 dolarów. Tylko nadal nie wiem czy Gwiazda Śmierci ma być imponująca i ekskluzywna pod każdym względem – czy też względnie „tania” w produkcji? Jeśli bowiem nie zawodzi mnie logiczne myślenie, nie można zjeść i mieć ciastka jednocześnie – to się po prostu nie składa.
„Ramki” czy tabelki w Excelu na niewiele się zdadzą, kiedy kupujący zdecydują, że produkt nie spełnia ich oczekiwań, a producent nie traktuje ich poważnie. Ostatecznie, jeśli mamy zapłacić za Gwiazdę Śmierci 4 299,99 złotych, to nie chcemy raczej słuchać wyjaśnień dlaczego minifigurka C-3PO w tym zestawie nie jest tak dobra jak ta, którą można kupić w formie breloczka za 24,99. Chcemy po prostu jakości, która z naszej perspektywy jest adekwatna do ceny. W tej sytuacji może należało zrezygnować z kilku szturmowców (zostawiając oczywiście tego z kaczuszką w kąpieli), okroić nieco personel stacji bojowej, wrzucając to całe towarzystwo do osobnego battle packa lub GWP (darmowego zestawu dodawanego w prezencie do Gwiazdy Śmierci w pierwszych dniach zakupu), by w zamian dopracować pozostałe minifigurki i zrezygnować ze znienawidzonych przez większość kolekcjonerów naklejek? Pewnie kilka osób narzekałoby, że figurek jest za mało, ale osobiście przy wyborze: ilość lub jakość – stawiam raczej na tę drugą opcję i coś mi mówi, że w tym przypadku nie byłbym osamotniony.



