Kiedy zacząłem oglądać serial „The Bad Batch” z uniwersum Gwiezdnych Wojen, zapragnąłem stać się szczęśliwym posiadaczem promu szturmowego jednostki 99 o wdzięcznej nazwie Maruder. Uściślając, chodziło mi o zestaw LEGO numer 75314 z dodatkowymi dwoma ścigaczami oraz prawie pełną minifigurkową obsadą klonów (za wyjątkiem Omegi). Mój entuzjazm został niestety brutalnie „zmrożony”, gdy zobaczyłem, że aktualna rynkowa wartość mojego gwiezdnego przedmiotu pożądania to niemal trzykrotność pierwotnej ceny tego klockowego cacka z 2021 roku. Pomyślałem więc, że tym razem w cyklu EyeOnLego przedstawię trójkę wycofanych już z produkcji zestawów z serii Star Wars, które można – i moim zdaniem warto – kupić jeszcze poniżej ceny katalogowej, nim ich wartość skoczy ostatecznie w nadprzestrzeń.

Niedawno widziałem na YouTube jak Ryan McCullough z kanału MandRproductions upolował w pewnym sklepie z zabawkami na Florydzie całą paletę maszyn kroczących AT-ST z serialu „The Mandalorian” (AT-ST Raider, 75254) po 19,99 $ / ok. 80 zł za zestaw. Przy katalogowej cenie 269,99 zł można uznać to za dowód, że cuda się zdarzają, jeśli jednak nie planujemy czekać na cud, warto rozważyć ten zakup za około 250 zł lub zaczaić się na ciekawą promocję – mnie jakiś czas temu udało się kupić to AT-ST za mniej niż 200 zł. Nie czekałbym jednak zbyt długo, bo to, że cena rynkowa przewyższy katalogową jest tylko kwestią czasu. A czy warto? Myślę, że tak.
All Terrain Scout Transport zadebiutował w filmie „Imperium kontratakuje” podczas bitwy na Hoth, gdzie brał udział w ataku na bezę rebeliantów Echo; pojawił się też trzy lata później na Endorze w „Powrocie Jedi”. Pomimo śmiertelnej klęski Imperatora, dodatkowo podkreślonej przez wrogie przejęcie jednego z egzemplarzy naszego walkera przez Chewbaccę, czwarta część Gwiezdnych Wojen przypieczętowała tylko pozycję AT-ST w galaktycznym uniwersum. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że od tamtego czasu mógł przebierać w propozycjach udziału w filmach, serialach, książkach czy grach opatrzonych znakiem Star Wars.

Nasze wcielenie AT-ST pojawiło się w czwartym odcinku pierwszego sezonu „Mandalorianina”, zatytułowanym „Sanctuary” / „Azyl”. W serialu wredni Klatooinianie, którzy w nieznanych okolicznościach weszli w posiadanie tego poimperialnego metalowego kurczaka, wykorzystują go do terroryzowania lokalnej społeczności farmerów na planecie Sorgan... Mamy tu zatem do czynienia z maszyną kroczącą z odzysku – a to pozwoliło projektantom na wprowadzenie kilku kosmetycznych zmian w stosunku do oryginału z czasów nieograniczonej władzy Imperatora Palpatine'a. W wersji LEGO użyto więc takich części jak wałki malarskie czy bicze, żeby pokazać nieco „wnętrzności” pojazdu, jak choćby okablowanie, które – zapewne po naprawach – wyszło niczym szydło z worka. Klatooiniańska wersja AT-ST wyróżnia się też kolorami: jest ciemniejsza niż modele z lat 2016 (AT-ST Walker, 75153) i 2022 (Hoth AT-ST, 75322), a do szarości dodano w niej brąz i czerwień oraz graficzne detale, które niestety trzeba zaaplikować na klocki w formie naklejek.
Zestaw AT-ST Raider zadebiutował na początku października 2019 roku, jeszcze przed premierą serialu „The Mandalorian” i znajdziemy w nim pierwszą wersję minifigurki Din Djarina, która pojawiła się oprócz tego tylko w playscale'owym Brzeszczocie (The Razor Crest, 75292) – zamiast legowej twarzy Pedro Pascala mamy tu czarną główkę, ale... sami wiecie – this is the way. Drugą gwiazdą walkera z Sorgan jest Cara Dune, której minifigurka nie oddaje co prawda pełni zalet wszelkich grającej ją Giny Carano, jednak i tak warto mieć ją w kolekcji – szczególnie, że po zakończeniu współpracy aktorki z Disney'em, które miało finał w sądzie, Cara nie pojawi się już raczej na planie „Mandalorianina” (w serialowej czy filmowej wersji). Nikłe są więc szanse na powrót minifigurki Cary Dune, która znalazła się do tej pory jeszcze tylko na pokładzie imperialnego lekkiego krążownika (Imperial Light Cruiser, 75315) z 2021 roku. Zarówno w przypadku Din Djarina, jak i Panny Dune zestaw AT-ST Raider jest zdecydowanie najkorzystniejszą finansowo opcją nabycia tych minifigurek (zakładając, że „używkom” mówimy – nie), a w pakiecie dostajemy jeszcze dwóch wrednych Klatooinian – ekskluzywnych dla naszego pięknego brązowo-czerwono-szarego klockowego blaszaka na kurzych nóżkach.

Jeśli macie, Moi Drodzy sentyment do AT-ST, to co powiecie na najbardziej ikoniczną maszynę kroczącą w uniwersum Gwiezdnych Wojen? Przywołam tylko scenę ze środkowej części klasycznej trylogii, w której rebelianci w okopach Hoth dostrzegają zmierzające w ich kierunku ogromne imperialne walkery... Tak, moją drugą propozycją jest All Terrain Armored Transport, znany powszechnie jako AT-AT. Przyznaję, że przy bardzo dużym budżecie i sporej przestrzeni wystawienniczej do zagospodarowania warto rozważyć zakup tej chluby Imperium w wersji UCS (AT-AT, 75313). Jeśli nie mamy jednak przynajmniej trzech tysięcy złotych na zbyciu (cena katalogowa to 3 699,99 zł) oraz miejsca na budowlę o gabarytach 69 cm długości, 24 cm szerokości i 62 cm wysokości – można sięgnąć po mniej więcej pięć razy tańszy playscale'owy zestaw AT-AT (75288 – 799,99 zł katalogowo, rynkowo jeszcze około 60 zł mniej) z 2020 roku, przygotowany na 40. rocznicę premiery wspomnianego „Imperium kontratakuje”.

Kilka lat temu, podczas bardzo ciekawej rozmowy ze znakomitym antropologiem kulturowym – Profesorem Waldemarem Kuligowskim, okazało się, że zarówno dla Niego, jak i dla mnie pierwsza podróż do odległej galaktyki na dużym ekranie odbyła się w latach 80. podczas seansu „Imperium” (choć oczywiście nie tego samego dnia i nie w tym samym kinie – jako osoba małoletnia, byłem na tym filmie akurat z Mamą). Dla wszystkich zainteresowanych pozostawiam poniżej autopromocyjny link do całej rozmowy.
Obaj mamy więc szczególny sentyment do tej części Gwiezdnych Wojen, nie wiem tylko czy Pan Profesor lubi klocki LEGO i czy ma coś z serii Star Wars – może będzie okazja, by o to zapytać następnym razem. Jeśli chodzi o mnie, to kiedy niewiele ponad rok temu kupowałem swoje pierwsze od wielu lat zestawy, nieprzypadkowo znalazł się wśród nich battle pack z Hoth ze śnieżnymi szturmowcami (75320). Jeśli bowiem miałbym myśleć o budowie gwiezdnowojennej makiety z LEGO, to obrona bazy Echo byłaby pierwszym tematem... który przyszedł mi do głowy już w ubiegłym roku. Hoth i nasza maszyna krocząca dumnie na czterech nogach dopełniają się niczym Tom Cruise i Renée Zellweger w „Jerrym Maguire”, tylko im dłużej zastanawiam się nad zakupem playscale'owego AT-AT (75288), tym głośniej słyszę show me the money, a jego cena rozgrzewa coraz bardziej hipernapęd, szykując się do skoku. Niezależnie od osobistych sympatii do konkretnych filmów, seriali, planet czy bitew oraz ambicji przeniesienia ich na makiety z klocków, trzeba przyznać, że zestaw 75288 to najlepiej odwzorowany All Terrain Armored Transport w tej skali, który pojawił się do tej pory w ofercie LEGO.

Nasz uzbrojony pojazd do transportu lądowego nie tylko wygląda dobrze, ale jest też całkiem funkcjonalny. Oprócz miejsc dla dwóch pilotów oraz generała Maximiliana Veersa w „głowie” AT-AT, w jego otwieranym z obu stron korpusie, znalazło się pięć miejsc siedzących dla snowtrooperów (w pudełku na stanie znajdziemy dwóch) oraz przytulny parking dla ścigacza w części „zadniej” (lub inaczej, gdzie za dnia słońce nie dochodzi – chyba, że uniesiemy górną i opuścimy dolną klapkę, wtedy voilà i światło dochodzi już do najintymniejszych zakątków naszego „eitika”). Wspomniany ścigacz jest częścią zestawu, a oprócz niego w ramach dodatków znajdziemy tu także bardzo zgrabne działko. Wisienką na naszym kroczącym torcie jest Luke Skywalker w stroju pilota, wyposażony w miecz świetlny oraz detonator termiczny. W sumie to dopiero połowa wisienki, ponieważ by posmakować całości, musimy połączyć go z linką – w tej roli występuje cienki, czarny sznurek zakończony przyrządem, który w teorii służy do wystrzeliwania go, a w praktyce jest elementem do wpięcia w dłoń minifigurki. Linkę wciągamy i wysuwamy za pomocą mechanizmu mieszczącego się w przedniej części korpusu maszyny, a dzięki niej Luke, miecz świetlny i detonator mogą dotrzeć do podbrzusza AT-AT – resztę znamy już z filmu... Dobrej zabawy!

Moja trzecia propozycja to jedyny zestaw LEGO z serialu „Andor”, znany (choć tylko nielicznym) jako „Ucieczka kosmicznego Jezusa” / „The Escape of a Space Jesus” (po angielsku brzmi lepiej). Musiałem, ale jak śpiewała Anita Lipnicka zanim zrozumiesz, spójrz Drogi Czytelniku na minifigurkę Cassiana Andora...

To teraz na poważnie, mowa o „Zasadzce na Ferrix” (Ambush on Ferrix, 75338) z 2022 roku. Przechodząc od razu do konkretów: 379,99 zł katalogowo i niewiele mniej rynkowo – sporo, ale tu znów pojawia się czynnik sentymentalny. „Andor” to serial, o którym nikt raczej złego słowa nie powie (co nie jest wcale takie oczywiste w przypadku aktualnych produkcji SW) – wręcz przeciwnie i to nie bez powodu. To Gwiezdne Wojny idące w kierunku ekskluzywności dla dojrzalszego widza, który rozsmakował się już w znakomitym „Rogue One” – filmie, który zapoczątkował gatunek Star Wars noir, rozwijany w „Andorze”. Cóż zatem zawiera nasze magiczne pudełko czarnych wspomnień opatrzone numerem 75338? Trzy minifigurki: tytułowego galaktycznego zbawiciela, Luthena Raela – kolejną złożoną i niezwykle ciekawą postać w całym uniwersum GW oraz ambitnego imperialnego oficera Syrila Karna. Dwie pierwsze mają do dyspozycji bardzo udany ścigacz, w konstrukcji którego – podobnie jak w opisanym wcześniej AT-ST (75254) – wykorzystano zmyślnie element bicza jako okablowanie. Syril lata za to zdecydowaną konstrukcyjną gwiazdą tego zestawu, przywodzącą na myśl estetykę pojazdów z czasów przedimperialnych. Jego mobilna kapsuła zaskakuje funkcjonalnością i zachwyca designem – wiem, piszę o niej jak sprzedawca samochodów, ale ona po prostu mi się podoba.

W przyszłym roku będziemy mogli obejrzeć drugi i zarazem ostatni sezon „Andora”, a przy okazji tej premiery zapewne ukażą się też nawiązujące do niego zestawy klocków. Można więc odpuścić „Zasadzkę na Ferrix” i poczekać... albo dołączyć ją do swojej kolekcji, zanim stanie się absurdalnie kosztowna, ponieważ to naprawdę udany zestaw z bardzo dobrego serialu. Kto się ze mną zgadza, skłoni się pewnie ku opcji numer dwa.

Klocki LEGO to niedrogie hobby pod warunkiem, że ograniczamy się tylko do oglądania recenzji na YouTube i wycieczek po autoryzowanych sklepach. Kiedy sięgamy po pierwszy „dorosły” zestaw, przekraczamy granicę, za którą musimy wygospodarować na tę przyjemność czas i przestrzeń oraz niemały budżet. Wbrew temu co napisała Agnieszka Osiecka – tu chodzi oczywiście, by złapać króliczka, lecz trzeba też pamiętać by gonić go z przyjemnością i rozwagą, wiedząc kiedy kliknąć „kupuję” w najlepszym momencie lub odpuścić, gdy cena jest już w nadprzestrzeni. A zatem, czy kto widział, jak biegnie króliczek ulicą?


